Europa reguluje banany, Ameryka testuje przyszłość. Kto zarobi na świecie jutra?

Wyobraźmy sobie dwa obrazy. W pierwszym Elon Musk pokazuje samochód, który dzięki technologii rakietowej potrafi wykonywać spektakularne manewry w powietrzu. W drugim europejski urzędnik zastanawia się, czy kolejny innowacyjny produkt spełnia wszystkie wymogi regulacyjne. To oczywiście publicystyczne uproszczenie, ale dobrze oddaje problem, z którym Europa musi się dziś zmierzyć. Czy Stary Kontynent wciąż chce wyznaczać kierunki rozwoju świata, czy coraz bardziej zadowala się rolą jego recenzenta?

Nie mam nic przeciwko przepisom, ochronie konsumentów ani bezpieczeństwu. Problem zaczyna się wtedy, gdy regulowanie staje się ważniejsze od tworzenia, a urzędnicza ostrożność wygrywa z odwagą przedsiębiorców. Bo w gospodarce przyszłości nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze umieć zbudować produkt, znaleźć na niego klientów i zarobić na jego sprzedaży.

Ameryka buduje, Azja produkuje, Europa debatuje?

Stany Zjednoczone inwestują ogromne środki w sztuczną inteligencję, robotykę, technologie kosmiczne i autonomiczny transport. Firmy takie jak SpaceX, Tesla, Nvidia czy Google walczą o pozycję liderów rynku, który dopiero się kształtuje. Nie każda ich zapowiedź kończy się sukcesem, a niektóre pomysły Elona Muska latami czekają na realizację. Jednak za wielkimi obietnicami stoją kapitał, laboratoria, inżynierowie i gotowość do podejmowania ryzyka.

Tymczasem Chiny nie zamierzają czekać, aż reszta świata zakończy dyskusje. Rozwijają samochody elektryczne, baterie, robotykę, sztuczną inteligencję i produkcję przemysłową. Korea Południowa oraz Tajwan budują swoją siłę na zaawansowanych półprzewodnikach, bez których nie będzie ani nowoczesnych komputerów, ani centrów danych, ani rewolucji AI.

To nie są odległe ciekawostki technologiczne. To sektory, w których powstaną miejsca pracy, wielkie przedsiębiorstwa i ogromne dochody podatkowe. Kto opanuje kluczowe technologie, ten będzie sprzedawał je reszcie świata. Kto pozostanie w tyle, będzie płacił za ich import.

Od latającego samochodu do krzywizny banana

Najbardziej wymowny jest kontrast między ambicjami technologicznymi, a europejską skłonnością do mnożenia regulacji. Z jednej strony świat eksperymentuje z rakietami wielokrotnego użytku, autonomicznymi maszynami i komputerami zdolnymi do wykonywania zadań, które jeszcze niedawno wydawały się niemożliwe. Z drugiej strony europejskie firmy muszą poruszać się w gąszczu przepisów, procedur i obowiązków sprawozdawczych.

RODO miało chronić nasze dane osobowe. I słusznie, prywatność jest wartością, której nie wolno lekceważyć. Ale czy naprawdę chcieliśmy Europy, w której rozwój usług cyfrowych kojarzy się milionom ludzi przede wszystkim z wyskakującymi okienkami, zgodami na pliki cookies i kolejnymi formularzami? Czy potrafimy chronić obywateli, nie zamieniając jednocześnie codziennego korzystania z internetu w tor przeszkód?

Podobnie jest z europejską regulacją jakości bananów. Nie, Unia Europejska nie zakazała wszystkich krzywych bananów – to popularny, często wyolbrzymiany przykład. Istniały jednak szczegółowe normy dotyczące wyglądu i klasyfikacji owoców, w tym wymóg, by banany nie miały „nienormalnej krzywizny”. I właśnie ten przykład stał się symbolem urzędniczej drobiazgowości.

Można się z tego śmiać. Tylko że za śmiechem kryje się poważniejsze pytanie ile czasu, pieniędzy i energii przedsiębiorcy poświęcają na spełnianie wymogów, zamiast przeznaczać je na badania, rozwój i zdobywanie nowych rynków?

Europa chce regulować sztuczną inteligencję. Ameryka chce na niej zarabiać.

Dobrym przykładem jest sztuczna inteligencja. Europa stworzyła AI Act, czyli rozbudowane ramy prawne dotyczące rozwoju i stosowania AI. Intencja ochrony obywateli przed nadużyciami jest zrozumiała. Tyle że regulacje same w sobie nie stworzą europejskiego odpowiednika największych amerykańskich firm technologicznych.

Nie wystarczy określić, jak sztuczna inteligencja ma działać. Trzeba jeszcze mieć własne modele, układy scalone, centra danych, tanią energię, kapitał i tysiące przedsiębiorców gotowych przekuć pomysły w produkty. Jeśli europejski startup będzie musiał najpierw przejść przez skomplikowany proces prawny, podczas gdy konkurent z innego kontynentu szybciej zdobędzie inwestora i klientów, to nie Europa zgarnie największe zyski.

Komisja Europejska sama zaproponowała kolejne działania na rzecz europejskiej suwerenności technologicznej, obejmujące między innymi półprzewodniki, chmurę obliczeniową i sztuczną inteligencję. To ważny sygnał, że problem zależności od zagranicznych technologii jest dostrzegany także w Brukseli. Ale diagnoza nie wystarczy. Liczyć się będą rezultaty.

Nie ideologia, lecz inżynieria powinna wyznaczać przyszłość

Mam wrażenie, że europejska polityka zbyt często koncentruje się na sporach ideologicznych, symbolicznych gestach i tworzeniu kolejnych obowiązków, zamiast stawiać na przemysł, naukę i konkurencyjność. W imię szczytnych haseł można przyjąć niemal każdą regulację. Tylko że gospodarka nie działa na zasadzie dobrych intencji.

Nie zbudujemy przewagi technologicznej samymi deklaracjami o zielonej transformacji, czy sprawiedliwości społecznej. Potrzebujemy firm, które będą potrafiły wytwarzać najlepsze baterie, projektować procesory, budować roboty i rozwijać własne systemy AI. Potrzebujemy uczelni współpracujących z przemysłem, sprawnych procedur inwestycyjnych oraz energii elektrycznej dostępnej w cenie, która pozwala konkurować z resztą świata.

Nie chodzi o to, by bezmyślnie kopiować Stany Zjednoczone czy Chiny. Amerykański model ma swoje słabości, a chińska ekspansja wiąże się również z poważnymi wyzwaniami gospodarczymi i politycznymi. Chodzi o to, by Europa odzyskała równowagę między bezpieczeństwem, a rozwojem, między regulacją, a innowacją, między ambicjami polityków, a realnymi potrzebami gospodarki.

A co to oznacza dla Polski i Oświęcimia?

Ta dyskusja nie jest zarezerwowana dla Brukseli, Doliny Krzemowej czy Pekinu. Dotyczy również naszego miasta. Oświęcim nie musi budować własnej rakiety, aby uczestniczyć w technologicznej zmianie. Może rozwijać współpracę uczelni z przedsiębiorstwami, wspierać kształcenie techniczne, przyciągać inwestycje i tworzyć warunki dla firm wykorzystujących automatykę, robotykę oraz sztuczną inteligencję.

Musimy myśleć o gospodarce szerzej niż przez pryzmat bieżących wydatków i kolejnych inwestycji infrastrukturalnych. Droga, chodnik, czy odnowiony park są potrzebne. Ale równie ważne jest pytanie, jakie miejsca pracy będą dostępne dla naszych dzieci za 10, czy 15 lat. Czy będą projektować technologie i rozwijać własne przedsiębiorstwa, czy raczej pracować dla zagranicznych firm, które stworzyły je tysiące kilometrów od Oświęcimia?

Jako radny chciałbym, abyśmy patrzyli na rozwój miasta nie tylko przez pryzmat tego, co można zbudować dzisiaj, lecz także tego, jakie kompetencje i możliwości gospodarcze zapewnimy mieszkańcom jutro.

Kto pisze przepisy, a kto pisze przyszłość?

Europa wciąż ma znakomitych naukowców, inżynierów, uczelnie i przemysłowe tradycje. Nie jesteśmy skazani na porażkę. Ale musimy przestać mylić aktywność regulacyjną i ideologiczną z postępem gospodarczym.

Możemy stworzyć najdokładniejsze przepisy na świecie, opisać każdą procedurę i opracować standardy dla każdego produktu. Jeżeli jednak najbardziej innowacyjne firmy będą powstawały w Stanach Zjednoczonych i Azji, tam będą trafiały inwestycje, tam powstaną najlepiej płatne miejsca pracy i tam będą płacone podatki od największych zysków.

Wtedy Europa pozostanie świetnym rynkiem zbytu, ale coraz słabszym centrum tworzenia technologii. Będziemy kupować cudze rozwiązania, korzystać z cudzej infrastruktury i zastanawiać się, dlaczego nasza gospodarka rozwija się wolniej od konkurentów.

Dlatego zamiast pytać przede wszystkim, jak jeszcze skuteczniej uregulować przyszłość, zapytajmy, jak ją stworzyć. Bo w globalnym wyścigu technologicznym nie wystarczy mieć najlepszych urzędników i najbardziej rozbudowane przepisy.

Przyszłość należy do tych, którzy potrafią ją wymyślić, zbudować i sprzedać. A Europa musi zdecydować, czy chce być jednym z liderów tego wyścigu, czy tylko jego wymagającym obserwatorem.

Autor: Jakub Przewoźnik